Góry najczęściej kojarzą się z trekkingiem. Sam lubię do nich wracać, ale od kilkunastu lat coraz częściej wybieram długie marsze wzdłuż polskiego wybrzeża. Bałtyk z daleka wydaje się powtarzalny, ale w praktyce nasze wybrzeże jest zaskakująco różnorodne. Szerokie, twarde plaże przechodzą w wąskie odcinki pod klifami. Pojawiają się wydmy, zmienia się roślinność, raz idzie się przy samym lesie, innym razem w zupełnie otwartej przestrzeni.
Najchętniej chodzę późną jesienią albo zimą, zwykle w listopadzie i lutym. Plaże są wtedy puste. Nie omijam parawanów ani nie potykam się o zamki z piasku. Zdarza się, że przez kilkanaście, a czasem kilkadziesiąt kilometrów nie mijam nikogo. W takich warunkach morze wygląda zupełnie inaczej, a głowa potrafi się właściwie „przewietrzyć”.
Kilka dni temu, z grupą przyjaciół, ruszyłem z Kołobrzegu do Świnoujścia. O tej trasie chciałbym opowiedzieć i przy okazji pokazać, jak w praktyce wyglądają spacery wzdłuż Bałtyku.
Spis treści :
- Dlaczego właśnie Bałtyk?
- Kołobrzeg – Świnoujście w praktyce
- Morze nie jest monotonne
- Co warto zabrać i o czym pamiętać?
- Podsumowanie
1. Dlaczego właśnie Bałtyk?
Moja przygoda z wędrówkami wzdłuż polskiego wybrzeża rozpoczęła się kilkanaście lat temu. Wtedy też, pierwszy raz wybrałem się na samotną wędrówkę wzdłuż całego wybrzeża – od niemieckiego Ahlbeck po granicę Polski z Rosją w Piaskach. Od tamtego czasu wracam bardzo regularnie, raz na krótsze, raz na dłuższe spacery. Czasem sam, czasem w gronie przyjaciół, którzy tak jak ja szukają wyciszenia przy szumie morza.
Trekking wybrzeżem Bałtyku lub też Baltic-walking jest czymś nieco innym niż trekking w górach. W górach droga jest wyznaczona podejściem, przewyższeniem, kolejnym szczytem. Nad morzem kierunek jest jeden. Linia wody po lewej albo po prawej stronie i kilometry, które można układać w swoim tempie.
Często słyszę, że nad morzem jest monotonnie. Z doświadczenia wiem, że to tylko pozory. W ciągu jednego dnia potrafię przejść szeroką, twardą plażą, gdzie krok jest równy i stabilny, a po kilku kilometrach znaleźć się na wąskim odcinku pod klifem, gdzie przestrzeń nagle się zamyka. Zmienia się podłoże, zmienia się kolor piasku. Jeszcze chwilę wcześniej rozwijałem szybkie tempo, by teraz walczyć z grząskim piaskiem, czasem wędrując od lewej do prawej w poszukiwaniu stabilniejszego podłoża. Pojawiają się wydmy, pasy traw, fragmenty lasu dochodzące niemal do samego brzegu. To nie jest jedna plaża, to ciąg różnych krajobrazów połączonych linią wody.
Nie traktuję tych marszów jak wyzwań. Sto kilometrów nie jest dla mnie celem samym w sobie. To raczej naturalna konsekwencja wyjścia na plażę i podążania w jednym kierunku. Nad Bałtykiem dystans nie dominuje. To przestrzeń i warunki decydują o tym, jak wygląda dzień.
2. Kołobrzeg – Świnoujście w praktyce
Mam wiele odcinków naszego wybrzeża, do których lubię wracać. Odcinek ze Świnoujścia do Kołobrzegu nie należy do ulubionych, ale należy z pewnością do tych, którego przejście cenię ze względu na krajobraz. Ruiny kościoła w Trzęsaczu czy Głazy Piastowskie w otulinie najwyższych w Polsce klifów Wolińskiego Parku Narodowego są miejscami, które wyglądają całkowicie inaczej na żywo, niż w katalogach. Dają prawdziwy efekt „wow”.
Dzień 1 : Kołobrzeg – Mrzeżyno (ok 20km)
Pierwszego dnia dominował jeszcze klimat zimy. Morze przy samym brzegu jeszcze lekko zmrożone, a sam brzeg obsypany śniegiem i lodem.
Zgodnie z prognozą przywitał nas zachodni wiatr, który z każdym dniem będzie się nasilał. Zwykle, wędrujemy z zachodu na wschód – właśnie ze względu na dominujący w Polsce wiatr zachodni. Tym razem jednak, domyślnie miało wiać w twarz. Miało być zimowo i lutowo.
W połowie drogi przerwa w Dźwirzynie na posiłek. Tutaj obligatoryjne było zejście z plaży, by przeprawić się mostem przez Kanał Resko. Do morza wpływa wiele rzek. Niektóre ujścia są delikatne i można je przejść przy samym brzegu. Inne wymagają skorzystania z mostu. Przerwa przydała się również by przeczekać mocniejszy deszcz.
Tuż po minięciu kanału i kierowaniu się ponownie w stronę plaży, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – przestało padać. Dalsza trasa do Mrzeżyna odbyła się pięknie ubitym piaskiem i pojedynczymi rozjaśnieniami przebijającego przez chmury słońca.


Dzień 2 : Mrzeżyno – Pobierowo (ok 30km)
Zima powoli odpuszcza. Śniegu na plaży coraz mniej. Przez cały dzień jednak towarzyszem jest deszcz i wiatr. Kurtka i spodnie przeciwdeszczowe zapewniają mi jednak pełen komfort.
Etap z Mrzeżyna do Pobierowa jest dłuższy, jednak bardzo przyjemny. Po drodze jest wiele miejscowości, w których można się zatrzymać na ciepły posiłek (nawet poza sezonem), jak i zobaczyć lokalne atrakcje. Jedną z nich jest latarnia morska z XIX w znajdująca się w Niechorzu.
W drodze do Pobierowa mijam Rewal, gdzie na plaży stoją kutry rybackie. Kilka kilometrów dalej na horyzoncie zaczyna pojawiać się charakterystyczna platforma schodząca w stronę brzegu. To znak, że zbliżam się do Trzęsacza, gdzie na krawędzi wydmy stoi jedyna ocalała ściana dawnego kościoła św. Mikołaja. Po wymoczeniu stóp w morzu (idealny relaks dla zmęczonych nóg) i wejściu na platformę by porobić parę zdjęć, ruszam dalej do Pobierowa.


Dzień 3 : Pobierowo – Wisełka (ok 30km)
Poranek z mroźnym i silniejszym niż wczoraj wiatrem, jednak z większą ilością słońca.
Po znalezieniu odpowiedniego zejścia na plażę ruszamy w stronę Dziwnowa. Jest słonecznie, wietrznie, zimno. Pomimo braku deszczu czapka i kaptur na głowie są obowiązkowe, aby zapewnić odpowiednią ochronę przed zimnym wiatrem.
W Dziwnowie pierwsza dłuższa przerwa. Za nami już praktycznie połowa trasy. Mijamy most na rzece Dziwnej. Wchodzimy na wyspę Wolin i kierujemy się kilka kilometrów do Międzywodzia. Ze względu na specyfikę terenu oraz obostrzenia, tych parę kilometrów musimy pokonać chodnikiem przy głównej drodze.
W Międzywodziu schodzę ponownie na plażę. Jest szeroka, jednak już momentami dość grząska. Wiejący w twarz wiatr zachodni jest bardzo intensywny i zimny. Kolejne kilometry, aż do okolic jeziora Koprowo to uciekające w grząskim piasku kroki. W drodze do Wisełki trafiam jeszcze na silny deszcz. Idę bliżej wydm, gdzie jestem nieco bardziej osłonięty od wiatru. Tuż przed Wisełką deszcz ustaje i wychodzi słońce.



Dzień 4 : Wisełka – Świnoujście (ok 20-25km)
To już ostatni etap. Z kwatery każdy wyrusza swoim tempem – dopasowując się do powrotnych pociągów w Świnoujściu. Wychodzę na plażę i zbliżam się do jednego z moich ulubionych miejsc na polskim wybrzeżu – Głazów Piastowskich. Pozostawione przez lądolód podczas ostatniego zlodowacenia, ponad 10 tysięcy lat temu, przez lata tkwiły w glinie tutejszych klifów. Teraz morze stopniowo je odsłania.
Na uwagę zasługują tutaj również najwyższe na polskim wybrzeżu klify, których wysokość sięga nawet do 95m (w okolicy góry Gosań).
Plaża jest kamienista, pełna rozmoczonej gliny. Zwykle bardzo wąska, teraz – ze względu na mocno obniżony poziom Bałtyku – dość szeroka.
Po dotarciu do Międzyzdrojów i krótkim posiłku ruszam dalej leśną ścieżką w stronę Przytoru w Świnoujściu, gdzie kończę swoją wędrówkę. Ze względu na gazoport we wschodniej części miasta dostęp do tamtejszego odcinka plaży jest mocno ograniczony.
Zadowolony wsiadam do pociągu i już planuję kolejny spacer, tym razem po znanej mi od podszewki Mierzei Wiślanej.




3. Morze nie jest monotonne
Z zewnątrz wszystko wygląda podobnie. Linia wody, pas piasku, horyzont. Łatwo powiedzieć, że nad morzem nic się nie dzieje. Dopiero kiedy idziesz przez kilka dni wzdłuż brzegu, zaczniesz dostrzegać, jak bardzo to pozory.
Zmienia się szerokość plaży. Są odcinki szerokie i twarde, gdzie można iść równym krokiem przez wiele kilometrów. Kilka kilometrów dalej przestrzeń nagle się zwęża, pojawia się klif albo wysoka wydma i marsz wygląda zupełnie inaczej. Zmienia się kąt nachylenia brzegu, podłoże zaczyna pracować pod stopami, a tempo samo się koryguje. Kiedy trafiam na grząski, sypki piasek, wysiłek rośnie. Stopa zapada się przy każdym kroku, mocniej pracują łydki i ścięgno Achillesa. Na dłuższym odcinku łatwo przeciążyć nogi, dlatego takie fragmenty potrafią być bardziej wymagające niż kilka dodatkowych kilometrów po twardej plaży.
Duże znaczenie ma też wiatr. Ten sam odcinek przy wietrze w plecy pokonuję spokojnie i równo. Kiedy wieje w twarz przez kilka godzin, droga wydłuża się niemal dwukrotnie. Morze potrafi być sprzymierzeńcem albo przeciwnikiem, choć krajobraz pozostaje ten sam.
Zmienia się światło. Rano piasek ma inny kolor niż po południu. W pochmurny dzień przestrzeń wydaje się surowa i zamknięta, przy słońcu robi się szeroka i jasna. Nawet dźwięk fal bywa inny w zależności od siły wiatru i kierunku, z którego nadchodzą.
Po kilku godzinach marszu zaczynam dostrzegać rzeczy, które wcześniej umykają. Ślady ptaków, fragmenty drewna wyrzucone przez morze, różnice w strukturze piasku. To drobne detale sprawiają, że każdy odcinek ma swój charakter. Morze nie zmienia się gwałtownie, ale zmienia się nieustannie.
Dlatego nie traktuję wybrzeża jak jednej, powtarzalnej przestrzeni. To raczej ciąg odcinków, które łączy linia wody, ale każdy z nich daje inne doświadczenie.
4. Co warto zabrać i o czym pamiętać
Marsz po piasku wzdłuż morza nie wymaga specjalistycznego sprzętu, ale kilka rzeczy potrafi zdecydować o tym, jak zapamiętasz taki wypad. Największym czynnikiem jest wiatr i wilgoć. Nawet przy dodatnich temperaturach organizm wychładza się szybciej, niż się wydaje. Z drugiej strony, po kilku kilometrach łatwo się przegrzać, jeśli warstwy są źle dobrane. Dlatego stawiam na prosty, sprawdzony zestaw.
UBRANIE
- kurtka przeciwdeszczowa i wiatroodporna
- spodnie przeciwdeszczowe (szczególnie przy silnym wietrze i prognozach deszczu)
- wodoodporne buty z dobrą stabilizacją (używam niskich, nawet przy zimowych przejściach, jednak tutaj decyduje kwestia własnego komfortu i przyzwyczajenia)
- oddychające koszulki z długim rękawem (jeśli syntetyczne- warto wziąć kilka. Jeśli merino – wystarczy jedna)
- szybkoschnąca, dogrzewająca bluza
- oddychająca czapka
- lekkie rękawiczki (wiatr nad morzem potrafi szybko wychłodzić dłonie)
- zapasowe skarpety
Zawsze unikam bawełny. Wilgoć i wiatr szybko zweryfikują wybór materiału.
Wodoodporna kurtka ZARR oraz przeciwdeszczowe spodnie ZONER towarzyszą mi już od wielu wypraw. Brak ociepliny to duży atut. Dzięki temu mogę dopasować warstwy w zależności o pogody.
Pierwsza oraz druga warstwa – muszą współgrać i pozwalać na szybkie odprowadzenie wilgoci. Idealnie sprawdza się tutaj koszulka z długim rękawem LOUS oraz bluza DOZER 2
SPRZĘT
- plecak z pokrowcem przeciwdeszczowym
- kije trekkingowe lub do nordic-walking
- czołówka + zapasowe baterie
- termos
- podstawowa apteczka
- scyzoryk lub multitool
- lekka podkładka do siedzenia (drobna rzecz, ale przydaje się zimą, by wygodnie odpocząć na mokrym piasku, kamieniu lub pniu)
CO WARTO WIEDZIEĆ PRZED WYJŚCIEM
1. Wiatr ma większe znaczenie niż temperatura
Nawet przy kilku stopniach powyżej zera potrafi wychłodzić szybciej niż lekki mróz w bezwietrzny dzień. Kierunek wiatru potrafi skrócić albo wydłużyć dzień o kilka odczuwalnych kilometrów.
2. Plaża nie zawsze jest twarda
Na mapie wszystko wygląda tak samo. W praktyce odcinki grząskiego piasku potrafią mocno zmęczyć łydki i ścięgna. Warto zostawić zapas sił, szczególnie jeśli planujesz dłuższy dzień.
3. Nachylenie brzegu obciąża jedną nogę bardziej niż drugą
Najczęściej idę przy samej wodzie, gdzie piasek jest najbardziej ubity. Zdarzają się jednak odcinki wyraźnie pochyłe. Przy dłuższym marszu jedna noga pracuje wtedy intensywniej niż druga. Po kilku kilometrach różnica zaczyna być odczuwalna. Jeśli przez długi czas idę pod stałym kątem, łatwo o przeciążenie, dlatego staram się szukać możliwie równego podłoża.
4. Dostęp do sklepów poza sezonem bywa ograniczony
Jesienią i zimą wiele punktów gastronomicznych jest zamkniętych. Wiele miejscowości nadmorskich żyje tylko sezonem letnim. Dlatego zawsze zabieram zapas wody i coś do zjedzenia, nawet jeśli planuję postój w miejscowości.
5. Dystans nad morzem odczuwa się inaczej niż w górach
Brak przewyższeń nie oznacza braku zmęczenia. Pracują inne partie mięśni, a niektóre odcinki plaży potrafią być równie wymagająca jak strome podejścia.
5. Podsumowanie
Sto kilometrów nad morzem nie brzmi jak coś nadzwyczajnego. To dystans, który można rozłożyć na kilka dni i przejść w spokojnym tempie. A jednak dopiero po takiej drodze widać, jak bardzo polskie wybrzeże potrafi się zmieniać. Szeroka, twarda plaża jednego dnia przechodzi w wąski odcinek pod klifem następnego. Wiatr, który rano pomaga, po południu potrafi skutecznie spowolnić marsz. Z pozoru powtarzalna przestrzeń okazuje się pełna detali, które dostrzega się dopiero po kilku godzinach w drodze.
Ten spacer z Kołobrzegu do Świnoujścia nie był wyzwaniem ani próbą sił. Był kolejnym odcinkiem drogi, którą wybieram od lat. Nad Bałtykiem nie szukam rekordów ani spektakularnych widoków. Szukam rytmu, przestrzeni i zmienności, która nie narzuca się od razu. Wystarczy wyjść na plażę, obrać kierunek i iść. Reszta przychodzi z czasem.
Wsiadając do pociągu, nie myślałem o zakończeniu trasy, ale o kolejnej. Bo w marszach nad morzem nie chodzi o punkt startu i mety. Chodzi o to, co dzieje się pomiędzy nimi.
Wybrzeże ma więcej do zaoferowania, niż widać z deptaku.
AUTOR:.SEBASTIAN LIBAN, ALPINE PRO
Miłośnik długodystansowych trekkingów po polskim wybrzeżu, pasjonat outdooru i praktycznych rozwiązań w terenie. Od blisko 20 lat związany z branżą turystyczną, a od 2019 z marką Alpine Pro. Najchętniej wychodzi w teren jesienią i zimą, kiedy szlaki pustoszeją, a pogoda pokazuje swój prawdziwy charakter.



